„Co dwie głowy, to nie jedna”, czyli współczesny spór o inwestyturę. – Emilia Korczyńska

            Dawno, dawno temu, w czasach, kiedy ostatnim krzykiem mody była ważąca 30 kilogramów zbroja, między dwiema najważniejszymi osobami w średniowiecznej Europie: papieżem i cesarzem rozegrał się poważny konflikt. Bardzo ogólnie rzecz ujmując, papieżowi przestała wystarczać władza nad duszami i sercami pobożnych wiernych. Zaczęła mu się marzyć prawdziwa kontrola nad tymi obszarami polityki, które były domeną cesarza, a nawet nad samym cesarzem! Od tej pory między spadkobiercami obu zaszczytnych tytułów nie układało się już najlepiej: papieże chcieli dominować nad cesarzami (papocezaryzm), a cesarze – nad głowami stolicy Piotrowej (cezaropapizm).

            Ale przecież to było tak dawno, dawno temu! Współczesnego Polaka dużo bardziej interesują doniesienia z Sejmu czy Pałacu Prezydenckiego, niż średniowieczne opowieści! Jednak jak głosi przysłowie: „historia kołem się toczy” i właśnie teraz możemy podziwiać na naszej rodzimej scenie politycznej niezwykły pojedynek między prezydentem a premierem, niemal na miarę średniowiecznego sporu. Poszło o to, kto właściwie jest głową naszego państwa, kto prowadzi politykę zagraniczną i wreszcie: kto zjawi się na szczycie Unii Europejskiej w najbliższą środę w Brukseli.

             Precedens stworzył wrześniowy szczyt UE, na którym czołowi politycy Zjednoczonej Europy uradzali w sprawie konfliktu gruzińskiego. Lech Kaczyński był wówczas w wojnę na Kaukazie tak mocno zaangażowany, że jego obecności w Brukseli nikt nie kwestionował. Teraz jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej: politycy mają debatować o panującym na giełdach kryzysie, pakiecie energetyczno-klimatycznym oraz Traktacie Lizbońskim. Stąd logiczna wydaje się ekipa zaproponowana przez Tuska: ministrowie finansów i spaw zagranicznych oraz sam premier. Po co na dokładkę ma jeszcze lecieć Lech Kaczyński?

               Kwestia środowego spotkania w Brukseli na pewno potwierdziła siłę woli i upór prezydenta. Nie pomogło wygrażanie Trybunałem Konstytucyjnym, ani dramatyczna inwokacja Radosława Sikorskiego na antenie Radia Zet: „Klękam przed panem na kolana i proszę: nie jechać, nie osłabiać naszej pozycji na tym ważnym szczycie.”. Głowy państwa nie powstrzymała nawet choroba pilota rządowego samolotu. Lech Kaczyński leci i koniec.

               O co tyle hałasu? Czy prezydent nie mógłby polecieć wraz z premierem, wzmocnić polską ekipę swoim doświadczeniem i wiedzą? Przecież: „co dwie głowy, to nie jedna”. Z doświadczenia wiemy jednak, że dwie głowy ciężko zmusić do mówienia jednym głosem. I tego na unijnym szczycie powinniśmy obawiać się najbardziej. Jeśli prezydent zajmie w kluczowych dla europejskiej energetyki i środowiska odmienne stanowisko od szefa rządu, czeka nas największa kompromitacja od czasu rozmów o tarczy antyrakietowej, kiedy to Tusk i Kaczyński przepychali się przy mikrofonach by stanąć jak najbliżej amerykańskiej sekretarz stanu, Condoleezy Rice. Problemem są także debaty i uroczystości, na które wstęp ma z założenia…tylko jedna głowa danego państwa. Nie obędzie się w takim razie bez komicznego manifestu całemu światu, że polska polityka cierpi na rozdwojenie jaźni.

              Co zatem zwycięży: premieroprezydentyzm, czy prezydentopremieryzm? Takie spory były stosowne dla średniowiecznych władców, ale zdecydowanie nie wypada ich prowadzić w XXI wieku! Prezydent powinien przestać już odgrywać Zbyszka z Bogdańca i raz na zawsze zapamiętać: UE oznacza Unię Europejską, a nie Uniwersalistyczną Europę!

           

Emilia Korczyńska

Comments

comments

Dodaj komentarz