Diabelskie nasienie? – Kamil Komarzyniec




– Urodziłam dziecko z in vitro. Dziesięć lat bezskutecznego leczenia i oczekiwania powodowało u nas frustrację, obwinialiśmy się nawzajem. Synek uratował nasze małżeństwo – pisze anonimowo na jednym z internetowych forów kobieta podpisana jako „szczęśliwa matka”.

Według Światowej Organizacji Zdrowia bezpłodność to choroba, a zapłodnienie in vitro jest jedną z metod jej leczenia. Zawsze wydawało mi się, że walka z przypadłościami jest czymś całkowicie naturalnym. Okazuje się jednak, że nie wszyscy są tego zdania, bowiem z listu Rady ds. Rodziny Konferencji Episkopatu Polski dowiedziałem się wielu nowych rzeczy na temat płodzenia dzieci (a na jakiż inny temat mieliby zabierać głos duchowni).

Pierwszą rzeczą, jaka przykuła moją uwagę było nazwanie metody in vitro „rodzajem wyrafinowanej aborcji”. Bardzo sprytny zabieg, jednak mijający się z celem – zapłodnienie nie pozbawia matki dziecka, tylko daje jej szansę jego urodzenia. Konferencja Episkopatu pisze także o „prawie do zrodzenia się z miłosnego aktu”. Sam jestem zrodzony z owego „miłosnego aktu”, a jednak związek rodziców nie przetrwał próby czasu. Zupełnie obojętne jest mi to, jak zostałem spłodzony, a wolałbym być „dzieckiem z probówki” i mieć dwoje opiekunów, zamiast jednego. Uważam, że moja godność nie byłaby wtedy mniejsza od godności człowieka, który powstał w sposób naturalny. Bzdurą jest także kolejne twierdzenie, jakoby in vitro było „zawsze okupione śmiercią braci i sióstr dziecka”. Istnieją bowiem procedury (co prawda, szansa na powodzenie zabiegu jest wtedy mniejsza), które nie doprowadzają do wytworzenia więcej niż jednego zarodka.

Na blogu prof. Joanny Senyszyn przeczytałem bardzo ciekawą teorię, według której śmierć zarodków jest jedynie zasłoną dymną Episkopatu. Kościół tak naprawdę sprytnie omija kluczową sprawę. Otóż powiedzmy sobie, w jaki sposób pozyskuje się nasienie do zabiegu in vitro. Chodzi tu o tzw. grzech sodomski, czyli… masturbację. Uchronienie społeczeństwa od grzechu onanizmu najwyraźniej jest ważniejsze od uszczęśliwienia cierpiących rodziców.

W obliczu wciąż rozwijającej się cywilizacji, mnożą się czynniki powodujące bezpłodność. Problem ten dotyczy obecnie jednej na sześć par, a odrzucając in vitro, odrzucamy sposób leczenia tej choroby. Duchowni powołują się na nauczanie Jana Pawła II. Jednak papież Polak zdecydowanie potępiał również sterylizację, a jak wiadomo do tego sprowadzają się zazwyczaj metody leczenia raka jąder i jajników. Czy w takim razie, gdy spotka nas choroba, mamy stać przed dylematem: leczenie czy modlitwa? Być może idąc za głosem starotestamentowego Hioba, powinniśmy spokojnie mówić sobie „dał Pan i zabrał Pan”. Całkiem niezła strategia nawracania niewiernych „owieczek”, gdyż wiadomo przecież – jak trwoga, to do Boga.

Dla wielu rodzicielstwo to najwspanialsze doświadczenie na świecie, a miłość do dziecka przewyższa wszystkie inne uczucia. Nic dziwnego, iż duchowni tego nie pojmują, skoro nie dane im jest posiadanie potomstwa (a nawet jeśli, to rzadko który się tym pochwali). Nazywają in vitro ingerowaniem w sprawy boskie, lecz gdyby Bóg nie chciał, to do zapłodnienia „w szkle” by nie doszło. Kochająca się rodzina jest największym dobrem, a szczęście nie zależy od metody zapłodnienia.

– Obarczę cię trudem twej brzemienności, będziesz rodziła dzieci.*

* Rdz 3, 16 – słowa Boga skierowane do Ewy

Kamil Komarzyniec

Comments

comments

Dodaj komentarz