„Gorzka refleksja nad demokracją” – Bartosz Kamedulski, 18 lat

Wydarzenia kilku ostatnich miesięcy skłoniły mnie do refleksji nad naturą demokracji. Odnoszę wrażenie, że pogłoski o powstaniu nazwy tego ustroju przez połączenie słów "demos" (gr. "lud") i "kratia" (gr. "rządy") są mocno na wyrost. Dużo bliższe prawdy wydaje się, że pierwszy człon pochodzi nie od słowa "demos", lecz "demo" (ang. "wersja próbna, demonstracyjna"). Każdy obywatel dostaje próbkę władzy, którą powinien się zadowolić.

 

W pakiecie demonstracyjnym mieści się możliwość kandydowania w wyborach. Jeżeli obywatel ukończy określony wiek i zbierze odpowiednią ilość podpisów, może stać się jednym z pretendentów do władzy. Opcja ta jednak działa bardzo rzadko. Nie mając poparcia ze strony politycznych "szych", sztabu PR-owców i ogromnych funduszy, obywatel nie ma praktycznie żadnych szans na osiągnięcie sukcesu w biernych wyborach.

 

Pozostają mu wybory czynne. Ta opcja również jest dość kiepska. Obywatel szacuje, kto ma największe szanse na wygranie wyborów (zazwyczaj są to kandydaci lub partie znajdujące się u władzy przed wyborami). Po namyśle (czasem, niestety, bez niego), udaje się do urny i wybiera tego z najsilniejszych kandydatów, którego obietnice najbardziej mu odpowiadają. Zazwyczaj opiera się przy tym na zasadzie owczego pędu ("zagłosuję na tych, na których głosuje większość moich znajomych") lub mniejszego

zła ("nie podoba mi się program tego kandydata, ale zagłosuję na niego, bo tylko on ma szansę pokonać tego, którego program podoba mi się jeszcze mniej").

 

Wraz z zakończeniem wyborów, kończy się również rola obywateli. Zwycięzcy wyborów dostają kilka lat na robienie tego, co im się tylko rzewnie podoba. Zapominają o swoich obietnicach i realizują własne, zatajone podczas wyborów pomysły. W naszym wspaniałym kraju dzieje się tak za każdym razem, teraz też nie ma wyjątku. Polacy zaufali Platformie Obywatelskiej, ona teraz bawi się tym zaufaniem. Pan Tusk, stojący na czele Platformy, obiecał podwyższenie emerytur, zamiast tego podwyższył wiek

emerytalny. Obiecał upowszechnienie Internetu, tymczasem próbował potajemnie kontrowersyjną "przepchnąć" ustawę ACTA. Obiecał rozwój gospodarczy, zamiast tego powołał do rządu osoby, których kompetencje są powszechnie kwestionowane – z panem Sławomirem Nowakiem, nie mającym pojęcia o transporcie i Joanną Muchą, mającą równie wiele wspólnego ze sportem, na czele.

 

Najgorszy w tym wszystkim nie jest jednak sam fakt jawnego zaniedbywania obietnic wyborczych, lecz to, że po 5-10 latach obywatele zapomną o dawnych wpadkach polityków, i znów na nich głosują. W rezultacie na arenie politycznej pojawia się stosunkowo niewiele nowych twarzy – dużo częściej powracają stare i zapomniane.

 

Czy da się coś z tym zrobić? Czy można zmienić podejście głosujących? Sprawić, by częściej głosowali na nieznanych, acz obiecujących i kompetentnych polityków?

 

 

Nie.

 

 

 

 

Bartosz Kamedulski, 18 lat

Comments

comments

Dodaj komentarz