Jak zakładano państwo, które zwano Uzbekistańską Ligą Samopisów – Krzysztof Pyzia

Dawno, dawno temu nad brzegiem Wisły spotkało się trzech chłopów – Romano Giertonio, Jaro von Keczynski i Androjew Lebber. Po długich rozmowach o burakach, ziemniakach i innych przysmakach postanowili się miłować i razem w niejednych wyborach startować. W styczniu roku dawnego swój pakt na papierze przypieczętowali. Działo się to w nie lada ciekawym otoczeniu, bo było to w telewizji wspaniałej, która z pewnością przez lat wiele trwać będzie, bo ojciec Maybach z tego biznesu odchodzić nie ma zamiaru.

Kilka dni później w zamian za miłowanie bliźnich Romano Giertonio otrzymał worek edukacyjny, a Androjew Lebber wór rolnictwa. Jakież to zdziwienie ogarnęło młodzież, która na wieść o tym zajściu, zgromadziła się pod Sejmem, aby razem „świętować” zaistniałą sytuację poprzez wykrzykiwanie wyzwisk pod adresem tego, co dostał wór z edukacją.

W tym momencie niejaki Marcin Kazinkiewicz został odesłany do domu z kwitkiem, a jego miejsce przejął naczelny wódz armii Jaro von Keczynski. Aż miło było patrzeć, jak się cieszył dni kilka, bo w końcu przesiadł się z tylnego siedzenia za kierownicę. Niejednego mieszczanina to przeraziło, bo owy von Keczynski podobno nie posiadał prawo jazdy! I w tym momencie w całym państwie, co się zwało „Uzbekistańska Liga Samopisów”, można było zobaczyć strach!

W międzyczasie pewna posłanka, a dokładniej mówiąc, erogwiazda partii „Samo-Bron”, postanowiła zająć się aktorstwem na szeroką skalę. Nie przejmowała się wcale tym, że brak jej wykształcenia. Krzyczała, że posiada maturę, a to jak na nią, i tak jest wielki sukces. Nie myśląc długo, postanowiła zagrać w swoim pierwszym filmie. A jako że miała na niego mały budżet, postanowiła, że zamiast wynajmować profesjonalnych operatorów kamer, zamontuje sobie stałe kamery, i to jeszcze na dodatek ukryte. W filmie pokazała, że zna się trochę na tym „biznesie”. Można by przypuszczać, że to za sprawą tego, że codziennie rano i wieczorem (powtórka) ogląda „Modę na sukces”. Podobno ostatnio był emitowany 1028 odcinek, dzięki czemu można było w końcu zrozumieć, o co chodzi w tej „brazylijskiej” telenoweli. Po nagraniu swojego pierwszego dzieła ruszyła do telewizji, aby pokazać to, co udało jej się stworzyć. Po emisji widzowie byli zachwyceni, tak samo jak i opozycja, która tak mocno zacierała ręce z radości, że jednemu to nawet skóra się zdarła.

W listopadzie odbyły się wybory. Zwyciężyła frakcja Jano-Donaldów, która od kilku wieków jest wrogiem numer jeden na liście braci trojaczków. Kilkanaście dni później poseł Łyżwowyński postanowił nie przyjmować więcej sekretarek do swojego biura, bo nie nadążał z przeprowadzaniem rozmów kwalifikacyjnych.

Później w Uzbekistańskiej Lidze Samopisów było już coraz gorzej. Nawet krowy, które pasły się na łąkach, przestały jeść trawę w obawie, że może być nasiąknięta łże-elitami, albo co gorsza wykształciuchami. Ludzie przestali jeść mięso w strachu przed ptasią grypą, a Androjew Lebber przestał chodzić do solarium. W Sejmie wcale lepiej nie było. Na wieść o bandyckiej opozycji, Johana von Synyszyn po premierze swojej pierwszej płyty zaprzestała koncertów, bo bała się, że ktoś ukradnie jej piękny, piskliwy głos. Natomiast poseł Łyżwowyński wyniósł się na dobre z Wiejskiej, po czym otworzył ogólnopolską sieć domów publicznych, której przewodnim hasłem reklamowym było, „Zawsze stawiaj moralność na pierwszym miejscu”.

Choć opowieść ta jest delikatnie wyolbrzymiona, to nikt nie zaprzeczy, że rok 2006 można uznać rokiem groteski na Wiejskiej. Dzięki posłom zwiększyła się oglądalność programów politycznych, bo obywatele zaczęli je traktować jako seanse dobrych kabaretów. I wcale się nie dziwię, bo śmieszne to one są, tylko czy aby na pewno po 25 latach od wprowadzenia stanu wojennego stać nas na takie zabawy? Czy aby czasem posłowie nie powinni „spakować swoich zabawek” i wziąć się porządnie do roboty. Skoro udało im się dostać do elitarnej grupy 460 wspaniałych, to czemu teraz wyrabiają takie rzeczy! Co jak co, ale takie rzeczy to proszę sobie robić, ale w zaciszu swoich domostw, a nie moim kosztem. Kolejny kabaret w wykonaniu polityków nie jest mi potrzebny, bo jak będę chciał się pośmiać, to kupię sobie płytę ze skeczami Ani Mru Mru.

Wielkimi krokami zbliża się rok 2007. Każdy z nas jest ciekaw, co nam przyniesie. Czy będzie to rok podwyżek cen, czy też może wielkiego pojednania braci Kaczyńskich z Donaldem Tuskiem.

Wszyscy Polacy powinni życzyć sobie, aby w nadchodzącym roku nie pojawiły się już żadne afery ani wpadki polityków, bo limit na nie już dawno został przekroczony. Szkoda, że życzenia te choć piękne, to niestety mało realne.

Tak naprawdę nikt nie jest w stanie do końca przewidzieć, czym obdarzy nas Nowy Rok. Dlatego też warto żyć chwilą i cieszyć się tym, co jest w zasięgu ręki. Bo jutro tego już może nie być…

Krzysztof Pyzia

Comments

comments

Dodaj komentarz