Kaczyński i ślepa uliczka – Ola Retman 16 lat

            Po prześledzeniu ostatnich wydarzeń związanych z protestem pielęgniarek i poczynaniami premiera stwierdziłam, że znalazł się on w swoistej politycznej ślepej uliczce.

            Po pierwsze, godząc się na rozmowy z protestującymi po 7-dniowym okupowaniu swojej kancelarii, zniszczył swój dotychczasowy wizerunek w oczach opinii publicznej i w mediach jako twardego, stanowczego, nie dającego się przekonać pod wpływem nacisków polityka. Dał tym samym znak wszystkim Polakom, że można go jednak złamać białym strajkiem, tygodniową okupacją i głodówką. Sądzę, że skutkiem tego w przyszłości będą podobne strajki innych grup społecznych, które też będą walczyć o swoje np. o godne zarobki. Z drugiej jednak strony Kaczyński musiał podjąć w końcu rozmowy, gdyż w koalicji zaczęło trzeszczeć. Andrzej Lepper poparł protest pielęgniarek, stwierdzając, że "nie każdy, kto przejdzie na czerwonym świetle, łamie prawo", przeciwstawiając się tym samym premierowi i przestając być wobec niego lojalnym.  Wicepremier zadeklarował, że  jeśli policja użyje jakiejkolwiek siły wobec pielęgniarek, może się to skończyć wyjściem Samoobrony z rządu. Przypuszczam, że tak szybko nie oddałby władzy. Robi to, gdyż doskonale zdaje sobie sprawę, że musi bronić protestujących, a nie strony rządowej, ponieważ da mu to wzrost poparcia społecznego w sondażach. Poza tym spór z pielęgniarkami może również nadszarpnąć i pogorszyć rosnące do tej pory notowania PiS-u i rządu w oczach opinii publicznej. Tym bardziej, że dla sporej części obywateli jest niejasne, dlaczego premier tak szybko zmienia zdanie. Podjął negocjacje z protestującymi, a jeszcze kilka godzin wcześniej przekonywał, że to przestępcy i nie będzie z nimi rozmawiał.

            Tak więc Kaczyński nie miał wyjścia, znalazł się w ślepej uliczce. Gdyby nie podjął żadnych kroków, naciski koalicjantów i malejące poparcie elektoratu zapewne zniszczyłyby go. Podjęcie rozmów oznacza późniejszą presję społeczeństwa, które przez to również może go zniszczyć, a jeśli nie, to na pewno osłabić. Czas pokaże, jak z tego pata wybrnie.

            Premier, w moim przekonaniu, już na samym początku popełnił wielki błąd, z którego nie wyjdzie bez szwanku. Na pewno lepiej byłoby, gdyby od razu wyciągnął rękę, porozmawiał z pielęgniarkami, przyjął postulaty, tym bardziej, że takiego biegu wydarzeń  tak naprawdę nikt nie chciał i nikt się nie spodziewał. Pielęgniarki nie przyjechały przecież ani strajkować ani okupować kancelarii. W pewnym momencie wszystko wymknęło się każdej ze stron spod kontroli. Niestety nie da się cofnąć czasu.

Niekontrolowane słowa

            Warto zwrócić w tym momencie uwagę na język i sposób wypowiedzi, zarówno pielęgniarek, jak i premiera. Wyraźnym nadużyciem protestujących było nazwanie policjantów, którzy wykonywali tylko swoje obowiązki i polecenia, gestapowcami, a całej akcji, pacyfikacją. Stwierdzenie, że życie pielęgniarek leży w rękach premiera, to już naprawdę lekka przesada. Może powinnam je też spróbować zrozumieć, były zmęczone, zniecierpliwione i bardzo emocjonalnie do tego podeszły, ale nie mogę pojąć, jak dr Krzysztof Bukiel, lider strajku, człowiek wykształcony, mógł obciążyć rząd odpowiedzialnością za ewentualną śmierć tysięcy pacjentów w szpitalach!

            Jednak także premier też ma co nieco na sumieniu. W porannych "Sygnałach Dnia" powiedział, że "na razie pielęgniarki nie zjadły kolacji, a od tego jeszcze nikomu nic się nie stało". Ma prawo tak uważać, ale już na pewno niestosowne jest, aby wyrażał to publicznie w taki sposób i przy użyciu takich słów.

 

 

Ola Retman 16 lat

Comments

comments

Dodaj komentarz