Ultrareligijność vs. zdrowy rozsądek* – Agnieszka Redgosz




Każdy Polak, śledzący mniej lub bardziej regularnie bieżące wydarzenia polityczne — kolejne afery, skandale, złamane obietnice, pieniactwo, groteskowość, permanentne kłótnie et cetera — czuje się zniesmaczony, zmęczony, a nawet rozdrażniony sytuacją w kraju. I to jeszcze mieściło się w normie, nawet jeśli nieco niechlubnej. W ostatnich miesiącach nieudolność funkcjonowania naszego państwa zdaje się jednak przekraczać punkt krytyczny — ulokowany i tak wbrew standardom. Aż strach włączyć telewizor! Wstyd i kompromitacja.

Kto by pomyślał, że anomalie, jakie dzieją się teraz pod Pałacem Prezydenckim mogą wydarzyć się w jakimkolwiek innym europejskim państwie? Polska co prawda nigdy nie była krajem intelektualnym, lecz emocjonalnym, a religijność zwykle silniejsza od rozsądku, ale widok motłochu desperacko broniącego krzyża niczym ostatni rycerze średniowiecznej krucjaty wprawia w osłupienie. Ich tytaniczne poczynania z dnia na dzień wydają się coraz bardziej kuriozalne. Istna parodia demokracji!

Tylko że w tym wszystkim gubi się cel — gdzie tu bowiem minimalna doza rozsądku: Grupa fanatycznych wyznawców chrześcijańskiej idei miłości, dobra i pokoju zmienia plac przed Pałacem Prezydenckim w centrum nienawiści? Widać skończyła się zabawa w dobre uczynki — trzeba walczyć z "Antychrystem" (racjonalnie myślącymi i działającymi zgodnie z prawem). Bez logiki, bez sensu, ale za to z przekonaniem o mesjańskiej misji. Chrześcijaństwo, widać dość sprytnie nałożyło im specyficzne okulary, wymuszając nieco pokrętną optykę świata. Według niej tylko i wyłącznie sfanatyzowani katolicy mają monopol na rację, co pozwala im czuć się upoważnionymi, by przemawiać w imieniu jedynie słusznej wiary, odwiecznej tradycji i zarazem wszystkich Polaków. Do głowy im jednak nie przyjdzie, by pomyśleć o własnej ograniczoności…

"Rzeczpospolita Polska jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań." — głosi Ustawa o wolności sumienia z 1989 r. Quasi-katolicki mózg wypiera tę wiedzę! Tymczasem, co robi władza, gdy w państwie panuje szaleńczy rozgardiasz? Nie chce wystawić się na publiczny (to jest w istocie) chrześcijański ostrzał! Skoro więc fanatycy wykazują genetyczną niezdolność do zawierania kompromisu, to niech sobie odtańczą taniec radości wokół tego swojego krzyża… W końcu to świetny sposób na odciągnięcie uwagi od podniesienia podatków, dziury budżetowej i przedwyborczych zapewnień. A bajońskie sumy na policje i ochronę? No cóż — cena wolności, demokracji i prawa do obywatelskiego nieposłuszeństwa. Ciekawe, czy gdyby to nie obrończy krzyża, a geje, lesbijki, feministki, ateiści et cetera manifestowali pod Pałacem reakcja byłaby identyczna? Pytanie jest sokratejskie.

W naszym społeczeństwie panuje bowiem mylny pogląd, iż przekonania religijne to dziedzina szczególnie drażliwa, wymagająca specjalnej ochrony, większego szacunku, dlatego przysługuje jej jakiś nadzwyczajny status czy nadmiernie uprzywilejowana pozycja. Od dzieciństwa wpaja się nam, że z religią należy obchodzić się w aksamitnych rękawiczkach, stosować wobec niej swoistą taryfę ulgową, niedopuszczalną w żadnym innym razie. Co innymi słowy znaczy tyle co zastosowanie wittgensteinowskiej zasady "o czym nie wolno mówić, o tym należy milczeć." O poglądy polityczne można się bowiem spierać nieustannie, stosując niekoniecznie uczciwe chwyty retoryczne. O poglądy religijne — nie. Za bezprawne ustawienie w centrum miasta jakiegokolwiek obiektu architektonicznego czeka nas sowita sankcja. Za ustawienie krzyża — nie! Na manifestację w obronie praw kobiet pod Pałacem Prezydenckim należy mieć pozwolenie. Jeśli natomiast sprawa dotyczy krzyża — nie! Religia ma moc niemal magiczną!

Oby przynajmniej jedna korzyść wynikła z tego sporu — uczciwa debata na temat obecności i charakteru religii w naszym państwie…





Agnieszka Redgosz

Comments

comments

Dodaj komentarz